niedziela, 23 sierpnia 2015

Chris zabijaka cz.1.

Kolejny dzień...przepity. Leżę na łóżku w moim domu pełnym pustych butelek po piwie i wódce choć tych drugich jest zdecydowanie więcej. Mimo trzydziestki na karku zachowuje się jakbym dopiero wszedł w dorosły świat. Słyszałem jak mój pies szczekał na listonosza, ale nie poszedłem odebrać poczty. Usłyszałem dzwonek do drzwi. Mój biały owczarek niemiecki znów zaczął ujadać. Z wielkim trudem wstałem z łóżka, a raczej zwlokłem się z niego. Głowa bolała niemiłosiernie, nie wiedziałem, że mam aż takiego kaca dopóki nie wstałem.
- Devil...przestań – powiedziałem do psa.
Momentalnie ucichł aczkolwiek jego uszy wciąż stały niczym radary. Przytrzymując się co chwile mebli i framug bądź opierając się o ściany udało mi się dotrzeć do drzwi. Moja drżąca dłoń mocowała się z kluczami, które nie chciały przynajmniej dzisiaj współpracować. Gdy w końcu udało mi się otworzyć drzwi ujrzałem w nich „Kier”. Pięć lat młodsza ode mnie członkini zespołu o kruczoczarnych, długich włosach uplecionych obecnie w warkocz opadający na jej skromne, lecz atrakcyjne piersi, które dziś chowała pod czarną, skórzaną kurtką a zgrabne nogi i tyłek pod obcisłymi jeansami. Musiała nie prowadzić dzisiaj zajęć bo zamiast tenisówek miała szpilki. Wydawało mi się również, że opaliła się, bo nie wyglądała w tych ciuchach jak śmierć na urlopie. Na końcu zwróciłem uwagę na jej oczy. Ciemno-zielone tęczówki wpatrywały się we mnie jakby chciały odgadnąć co kryje się w mojej głowie. Wybacz, nie tym razem.
- Cześć Chris – przywitała się wchodząc bez pytania.
Lubię towarzystwo Kier, ale kac morderca przekonał mnie, że dzisiaj ja i on chcemy zostać sam na sam.
- Po coś tu przyszła? – spytałem nie odchodząc od drzwi.
- Nie odbierasz telefonu, nie odpowiadasz na maile i sms-y...martwiłam się – mówiła i jednocześnie rozglądała się po moim domu. 
- Nie pierdol. Za dobrze cię znam – w tym momencie zrobiłem przerwę i złapałem się za głowę – kogo, kto kazał i za ile?
- W takim stanie nie dasz rady – dziewczyna podeszła do mnie, otaksowała mnie wzrokiem i skrzywiła się.
- Niby w jakim? – chyba sam nie wiedziałem co mówię.
- Pijesz bez przerwy, dzień w dzień przez już jakieś dwa miesiące i myślisz, że dasz radę wykonać robotę pod wpływem alkoholu?
- Nie dwa...cztery – poprawiłem ją, jednak wolałbym żeby jej odpowiedź była prawidłowa.
- Sam widzisz. I tu mamy problem. Są dwa wyjścia: kończysz robotę i chlejesz do upadłego albo kończysz z piciem i wracasz do roboty którą przecież kochałeś i kochasz nadal – powiedziała.
Przez chwilę się wahałem. Mogę rzucić robotę i żyć wreszcie normalnie, ale chyba tylko osoby w zaawansowanym stanie alkoholizmu mówią na takie życie normalne. A moja praca daje mi niesamowitą frajdę i zapas adrenaliny na kilka dobrych tygodni.
- Okey. Przestaje pić – zdecydowałem, przed końcem mych dni jeszcze zdążę się upić i to nie raz.
- Dobrze...pilnuj go – zwróciła się do Devila – masz trzy tygodnie żeby się ogarnąć i ani jednego dnia dłużej. Wtedy zaczynamy robotę. Narka – powiedziała wychodząc.
 Zamknąłem drzwi i rzuciłem się na łóżko. Devil wskoczył chwilę później kładąc się obok mnie. Zacząłem go głaskać a on patrzył na mnie swoimi złotymi ślepiami.
- No cóż, przyjacielu...czeka nas kawał ciężkiej roboty. Zaczynamy od jutra – powiedziałem zasypiając.

Obudził mnie straszny (z pozoru) dźwięk. Pobudka była tak gwałtowna, że spadłem z łóżka. Jak okazało się Devil zaczął tak ujadać. Wstałem podtrzymując się łóżka.
- Devil! Do cholery! To za co niby było?! – zacząłem się drzeć na psa.
On przestał szczekać, podszedł do mnie łapiąc mnie za rękaw i prowadząc do kuchni. Podbiegł do miski i trącił ją kilka razy nosem spoglądając na mnie.
„Byłem, aż tak pijany, że zapomniałem dać mu jeść?” – pytałem się w myślach.
- Dobra. Już patrzę do lodówki...może coś się znajdzie – powiedziałem.
Jednak miałem pecha. Lodówka świeciła pustkami, a w niektórych miejscach pleśnią.
- To co? Dzisiaj śniadanie na mieście? – spytałem Devila.
Ten tylko przechylił łebek w lewo. Uznałem to za zgodę. Poszedłem się szybko ubrać. Ciemne jeansy, czarny t-shirt i szary płaszcz. Portfel jest...telefon...o rany. 137 nieodebranych połączeń i ponad 200 sms-ów...wszystko od Kier. Mogłaby sobie znaleźć jakieś zajęcie i przestać robić za moją niańkę.
Zanim podszedłem do drzwi zatrzymałem się jeszcze przy lustrze. Wyglądałem koszmarnie. Przekrwione oczy, potargane blond włosy, które fryzjera nie widziały prawie pół roku i spory zarost. Nie mogłem tak tego zostawić. Udałem się do łazienki i z prędkością światła pozbyłem się zarostu, w ogóle nie pasującego do mojej osoby. Z włosami było gorzej, ale nie miałem czasu by iść do fryzjera a sam nie chciałem testować moich „umiejętności” fryzjerskich, które mogły się okazać nadzwyczaj marne. Postanowiłem je umyć, choć szamponu było jak na lekarstwo to samo z odżywką to jakoś dałem rade przepłukać moje kłaki w umywalce. Gdy doszło do suszenia to po prostu szlag mnie trafiał, bo moje włosy urosły prawie do ramion i chwile zeszło zanim je wysuszyłem, przynajmniej wiedziałem teraz przez co przechodzi codziennie większość kobiet.
Wyglądałem teraz jak jakiś metal. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem po szarą gumkę do włosów, by związać moją bujną grzywę w kucyk, który luźno opadał mi teraz na plecy w efekcie włosy wyglądały na jeszcze dłuższe niż były. No cóż, w chwili obecnej nie mogłem nic na to poradzić, została mi jedynie nadzieja, że reszta ekipa nie wybuchnie śmiechem na mój widok. Wygramoliwszy się z łazienki ruszyłem ku drzwiom, przy których stał Devil ze smyczą w pysku. Grzecznie mi ją podał a ja mogłem go zapiąć i wyszliśmy na miasto.

Weszliśmy do baru szybkiej obsługi. Markę kojarzyłem, aczkolwiek wcześniej nie miałem okazji jadać w tego typu miejscach, zawsze sam przygotowywałem sobie posiłki.
- Przepraszam pana, tu nie można wprowadzać psów i innych zwierząt domowych – powiedziała jakaś kobieta.
- Doskonale wiem,  ale chce tylko coś zamówić i wyjdę do stolika na polu – odpowiedziałem kulturalnie.
- I tak na polu ktoś by do pana przyszedł – czemu baby muszą być takie upierdliwe?
- Tak, wiem - postanowiłem zignorować durne babsko i robić swoje - Poproszę dwa hamburgery. Jeden ze wszystkimi dodatkami a drugi z samym mięsem plus pepsi z lodem – powiedziałem i wyszedłem siadając przy stoliku na polu.
Chłopak z obsługi baru deczko się zdziwił, ale poszedł zrealizować zamówienie. Telefon zadzwonił dosłownie kilka sekund po całym zajściu.
„Kto tam dzwoni?” – myślałem –„Kier...i tak będę musiał z nią pogadać prędzej czy później”
- Tu Chris słucham – powiedziałem odbierając telefon.
- Jak skończysz masz przyjechać do warsztatu –powiedziała.
- Miło cię słyszeć. Co w życiu? A w ogóle skąd wiesz, że zacząłem coś robić, szpiegujesz mnie?– spytałem rozglądając się.
Gdy tak „miło” gawędziłem kelnerka przyniosła moje zamówienie. Ujrzawszy rozmiar hamburger’ów stwierdziłem, że raczej się nimi nie najem, więc od razu zamówiłem jeszcze cztery.
- Przejeżdżałam akurat obok i cię zauważyłam, kończ szybko - powiedziała rozłączając się.
- No cóż przyjacielu, szamaj i jedziemy!
Odebrałem moje dodatkowe zamówienie i ruszyłem z Devil’em do domu. Okolica trochę się zmieniła. Osiedle rozrosło się, ruch był zauważalnie większy, nawet zaczęto budowę kolejnego biurowca. Po treningu będę musiał się rozejrzeć co jeszcze zmieniło się w moim mieście. Mam nadzieję, że Ragnar nie przeniósł swoich lokali.
Wróciwszy do domu pozamykałem wszystkie okna i ustawiłem alarm, chociaż byłem pewny, że okraść próbowałby mnie jedynie desperat lub idiota. Upewniwszy się o skuteczności zabezpieczeń ruszyłem do garażu w którym to pod folią spoczywał mój skarb. Ford Mustang VI w wersji cabrio. Niestety ta piękność przez ostatnie miesiące tylko się kurzyła tak jak moje plany wobec niej. Nie podobał mi się zbytnio srebrny lakier chciałem go zmienić. Myślałem nad granatem lub czernią, ale to przedyskutuje jeszcze z moim przyjacielem, mechanikiem a także kierowcą naszego zespołu, Omenem.

Prowiant wrzuciłem na tylne siedzenie a kubek z pepsi włożyłem do uchwytu. Wsiadłem do wozu a na miejsce pasażera wskoczył Devil. Wpatrywał się we mnie, wiercił na fotelu i warczał zadziornie. Ten pies chyba jak żaden inny kochał jazdę samochodem, szczególnie szybką. Zaśmiałem się jedynie, zapiąłem pas, uruchomiłem silnik, który zaczął mruczeć jak rasowy kot, brama garażowa otwarła się automatycznie i ruszyliśmy.   

Witam!

Witam!
Niektórzy z was a nawet większość kojarzą mnie zapewne z blogu "Szkoła Zabójców". Jak dobrze wiecie przerwy pomiędzy rozdziałami są naprawdę długie i zależą jedynie ode mnie. Przyznam: czasami nie mam czasu, nie mam weny lub po prostu nie chce mi się włączać blogspot'a. Chcąc trochę moim stałym czytelnikom umilić czas oczekiwania na kolejne rozdziały "Szkoły Zabójców" będę na tym blogu wrzucać inne moje opowiadania.
Mam wielką nadzieję, że wam się spodobają ;)